Patologia

11:18
4.07.2019

Jesteśmy wykształceni, kochamy się, ale mamy problemy. Jesteśmy patologią. Wczoraj doszło między nami do awantury. Powód był błahy. O to, że nie szanuje mojej pracy w domu (a konkretnie o sprzątanie po nim naczyn) i  jego ociąganie się w chęci założenia ze mną rodziny. Czy nie jest pewien, że mnie kocha???

Od kiedy mnie zwolnili szukam nowej pracy, zastanawiam się nad własną firmą. Sama nie wiem, co ze sobą zrobić. W każdym razie siedzę w domu, gotuję, piorę itd. Okazuje się, że jest w domu więcej do roboty niż kiedy nie było mnie od 8-16. Na razie nie mam problemu z wyładowywaniem się na sobie, moja skóra wygląda dobrze, mimo tego, co jej serwowałam. Mam drobne blizny, ale to nie rzuca się w oczy. Niczego nie zdrapuje, nie zamykam się w łazience, nie robię w skórze dziur dziwnymi narzędziami. Mogę normalnie patrzeć w lustro.  Ale chyba coś w środku ciągnie mnie do tamtego stanu. Do tamtego rodzaju spokoju i niepokoju. Bo kiedy jestem podrapana i zdewastowana myslę tylko o tym, inne aspekty zycia nie mają znaczenia. A tak… cóż. Martwię się o pracę, nie wiem, co ze sobą zrobić, coraz częściej myślę o tym, że chciałabym być już żoną i mamą, mimo tak nieuporządkowanej i nieogarniętej głowy. Czemu skoro jesteśmy tyle razem nie możemy wziąć wreszcie slubu?  No i zaczełam naciskać. Zrobiłam awanturę. Był zaskoczony, tłumaczył się, a potem stwierdził, że nie sądził, że mi zależy. A mnie zależy, ale chciałabym żeby jemu także zależało. Tyle już jesteśmy razem. Bardzo chcę mieć rodzinę…

Od słowa do słowa…w końcu rzuciłam kubkiem z kawą, kawa rozlała się na laptopa. Nic mu się nie stało, ale liczył się dla niego fakt. Wylał resztkę na mojego. No i zaczęło się na całego. Przepychanie, niszczenie rzeczy, krzyk. Podrapałam mu policzek, uderzyłam w twarz i kopnełam w kolano. On najpierw mnie trzymał, potem ciągnął mnie za włosy i uderzył ręcznikiem w twarz. Dziś boli mnie dosłownie wszystko. Pogodziliśmy się. Oboje jesteśmy nienormalni,niedojrzali i w ogóle te powtarzające się zdarzenia są odpowiedzią na moją potrzebę założenia rodziny. Ale kocham go i nie wyobrażam sobie bycia z kimś innym. Nie wiem, czy umiem wypracować inny sposób rozwiązywania sporów. Ale wiem, że bez tego jesteśmy zwykłą patologią.

Siedzę sama, Marcin w pracy. Pisaliśmy do siebie cały ranek, spróbujemy być normalni. Oboje. Teraz jedyne o czym myślę, to iść do łazienki i powbijać sobie w każdy odstający punkt igłę, powyciskać, nasmarować solą, żeby bolało, żeby odwrócić uwagę i zdezynfekować. A potem schować się pod kołdrę i mieć jedyny problem: blizny, krwawiące rany, ślady i wygląd potwora. Tak jest łatwiej. O wiele łatwiej niż mierzyć się z życiem codziennym i realnymi problemami, których nie stwarzam sama i nie mam nad nimi kontroli.