Być kobietą, być kobietą…

21:41
28.03.2019

Jest mi smutno i jestem wkurwiona.

 

Odezwał się do mnie parę godzin temu człowiek, który sprawia, że wali mi serce i drżą ręce. I nie mam na myśli mojego partnera.

 

No zdarza się. Może to nawet naturalne. Więc co w tym złego?

 

Moja reakcja. Nienawidzę siebie takiej. Nienawidzę się za słabość do atrakcyjnych, inteligentnych mężczyzn słuchających tego samego rodzaju muzyki co ja. Nienawidzę się, bo chciałabym się przy kimś takim poczuć kobieco. A czuję się jak dzieciak, i tak też mam wrażenie jestem traktowana. To też chyba całkiem normalne. Odbierają Cię tak jak sam sama siebie postrzegasz.

 

Czy kiedykolwiek poczuję się dobrze w swojej własnej skórze?

 

Uczucia spotęgował fakt, że on wspomniał o swojej dziewczynie. No ok, ja wspominam o swoim partnerze, jest ok. Ale później stwierdził, że odezwie się później, bo dziewczyna dzwoni. Mija 15 minut, odpisuje na moją wiadomość stwierdzając, że „odpisze później, to będzie długa rozmowa”. No dobrze, ja rozumiem, że są priorytety, ale myślałam, że jest jakaś kultura osobista, nie znamy się zresztą ani długo ani zbyt dobrze, a tym co napisał, pokazał po prostu, jaki ma do mnie stosunek. Więc się wkurwiłam.

 

Nie jestem kimś wartym poświęcenia trochę czasu. Jestem mniej ważna. Nie warto inwestować czasu w poznawanie mojej osoby. Co tu poznawać?

 

Ok, wiem, że przemawiają przeze mnie teraz emocje. Ale co nie zmienia faktu, że i tak wystarczająco często się tak czuję, gorsza, nieznacząca, a gdy jeszcze do ich wzmocnienia przyczynia się atrakcyjny jegomość…

 

Edycja postu:

 

Bo czasem myślę, że zasługuję na coś więcej. A czasem wręcz przeciwnie, że właśnie teraz mam to, na co zasługuję. Dochodzę chwilami do wniosku, może przesadzonego, że los, świat chciał, żebym była z takim partnerem a nie innym, żebym przez to nauczyła się dźwignąć o własnych siłach, odbudować siebie? Że nie mogę przeskoczyć do związku o wyższym levelu, bo najpierw sama muszę do niego dobić. To dość kiepsko brzmi w stosunku do mojego partnera…

 

Ale jak mogę zasługiwać na więcej? Jak mam postrzegać siebie inaczej? Czy w ogóle płeć to nie jest rzecz tylko umowna, przecież dzisiaj taki nacisk już się kładzie na to, żeby dzieci od małego miały możliwość wyboru kim chcą być, dlaczego nie można być po prostu człowiekiem? Dlaczego trzeba spełniać jakieś głupie normy, wpasowywać się w to jaka powinna być kobieta, a jaki mężczyzna? Odgrywać te głupie role, zakładać maski, podrywać, udawać niedostępnego, uwodzić… Dlaczego to nie może być prostsze? Ja mam takie potrzeby, jakie masz Ty? Dogadamy się albo nie. Szukam dalej. Wszystko jest takie pokomplikowane…

 

I ten wygląd…

 

Byłam ostatnio w kinie na filmie „Girl”. Dziewczyna. Bohaterem była dziewczyna urodzona w ciele chłopaka, każe nazywać się damskim imieniem. Ale… czy na pewno? W pewnym momencie, pod koniec filmu, ktoś ją pyta: to kim w końcu jesteś? Jak mamy do Ciebie mówić? Ona nie odpowiada. Myślę, że to znaczący moment, zagubienia we własnej tożsamości.

 

Po seansie poszłam do łazienki. Patrzyłam na swoje odbicie w lustrze. Poczułam się, jakbym widziała kogoś obcego. Po powrocie do domu długo myślałam. Ona teoretycznie tak bardzo chciała być dziewczyną, nie chciała mieć męskich organów rozrodczych, chciała mieć to co powinna mieć kobieta… Ja to mam. Ale to za dużo nie zmienia… nie wpływa za bardzo na moje poczucie przynależności do płci. Przeważnie czuję się po prostu obojętnie. Neutralnie. Nie wiem, czy inni ludzie też tak mają… Nie umiem wykorzystać zalet swojego urodzenia się kobietą. Kiedy pozwalam, żeby ktoś za mnie poniósł coś ciężkiego, mam raczej poczucie winy… Czuję się gorsza. Wolałabym być silna jak mężczyzna. Gdybym chodziła na siłownię, „przypakowała”, byłoby jeszcze gorzej… Już chyba w ogóle nie mogłabym spojrzeć na odbicie w lustrze, mięśnie i miednica, bez sensu… Jakieś zmutowanie…

 

Nie wiem w którą stronę to wszystko pójdzie. Ostatnio odczuwam potrzebę skrócenia włosów. Rozmyślałam nawet, jakby to było być łysą… ciekawe czy bym wyszła z domu, hehe…

 

Może to dlatego, że nie doświadczyłam nigdy adorowania przez mężczyznę… Mój partner to trochę co innego, mieliśmy wtedy jakoś po 16 lat, wtedy człowiek inaczej odbiera rzeczywistość… I tak, nie czuję się za bardzo adorowana w związku. Może zbyt często słyszę, że jestem słodka, kiedy jestem zła on się śmieje, że nawet wtedy wyglądam słodko, że przeklinanie mi nie wychodzi, może w końcu po prostu wrosłam już w tą rolę słodkiego dużego dzieciaka…

 

A ja patrzę na siebie i nie widzę kobiety. Widzę cały czas to samo odbicie co 5 lat temu, tylko data się zmieniła. Nie maluję się, bo szkoda mi skóry… Ono też by nie pomogło. Parę razy w życiu zdarzyło mi się umalować. Wtedy byłam kimś innym, podobało mi się to co widzę, ale wiedziałam, że na dłuższą metę to by tylko pogorszyło moją sytuację… Znam tą pułapkę. Widzę ją na co dzień, w internecie, wokół siebie, wszędzie. Dziewczyny i kobiety są więźniami makijażu, pozwala im poczuć się kimś kim nie są, nieumalowane nie akceptują siebie… Próbują tak leczyć, a raczej kamuflować kompleksy… Ja tego nie chcę…

 

Co nie zmienia faktu, że idę w miasto i czuję się jak gówno, widząc wszystkie te piękne kobiety. Wszystkie te 16-stki, wyglądające jak 25-tki. Ja jestem starsza od nich, a wyglądam na dużo młodszą… Jak tu nie nienawidzić swojego wyglądu?

 

Wspominałam ostatnio o ubraniach. Że jestem nimi zawalona. Mogłabym spokojnie chodzić w większej części tego co mam niż obecnie, gdybym nie uważała, że nie pasują do mojej gęby… Że ona wszystko psuje. Psuje efekt. Jeśli miałabym zacząć się malować, to tylko po to, by makijaż dopełnił całości stroju. Czuję się go niewarta.

 

Chyba wystarczy na dzisiaj. Już i tak wystarczająco się rozgadałam.

 

Pewnie przydałby mi się psychiatra.

 

 

Edycja postu nr 2.

 

Półtorej godziny później. Przeczytałam to wszystko 3 razy. Trochę ochłonęłam. Zaczęłam czytać po raz czwarty. I to dostrzegłam. Facet z pierwszych akapitów mojego postu, tak naprawdę właśnie wykazał się kulturą osobistą, informując mnie że odpisze później. Jestem w stanie to sobie wyobrazić. Rozmawia przez telefon z dziewczyną, i wie, że mi nie odpisał na Facebooku. Wie, że zanosi się na długą rozmowę. Więc może nawet mówi jej, żeby chwilę poczekała, bo się nie pożegnał ani nic, podchodzi do biurka, by wystukać do mnie te kilka słów. Poświęca mi i uwagę, i chwilę czasu.

 

Więc co tak naprawdę sprawiło, że tak zareagowałam emocjonalnie?

 

Zazdrość. O tą dziewczynę. Prawda jest taka, że po raz pierwszy wspomniał o niej może z tydzień temu, gdy piszemy raz na tydzień jeśli nie rzadziej. Znamy się od końcówki zeszłego roku, i nigdy wcześniej nic nie napomknął. Myślałam, że jest sam. Może faktycznie był, a ona pojawiła się później. Może uznał, że warto o niej wspomnieć po tym, jak po wywaleniu z pracy wspomniałam mu o jakimś wyjściu na kawę czy piwo (żeby nie było, on wyszedł pierwszy z takim pomysłem wcześniej, gdy wpadliśmy na siebie na koncercie).

 

Może za dużo uwagi mu poświęcam w ogóle. Może Wy, którzy to czytacie, stawiacie na mnie krzyżyk, bo przecież mam partnera. Ale nie znacie naszej relacji. Choć już trochę wspominałam we wcześniejszych zwierzeniach.

 

Ale o tym kiedy indziej. Grunt, że trochę trzeźwiej spojrzałam na sytuację i doszłam do tego, co mną naprawdę kierowało.

3
Dodaj komentarz

Zaloguj się i dodaj komentarz
najnowszy najstarszy oceniany
HowToBeFree

Poczucie bycia gorszą, nieznaczącą w różnych sytuacjach też jest mi nierzadko bliskie. 🙁 Cóż, zadawałaś sobie sprawę, czy chcesz w ogóle związku ze swoim partnerem? Odbieram to tak, że jesteś z nim, aby być… Może się mylę.

piszebomusze

Fajnie piszesz. Tak prawdziwie i z serca. Czytam wszysciutko!